Gdy wezmą nam ostatni chłam, ostatni łach do spania.

Ja na to w śmiech, panowie, ja wchodzić nie zabraniam.
Gdy oclą mi ostatnie drzwi, ostatni dach nad głową.
To powiem cóż - bywało już i zimno, i niezdrowo.

Czy pan jest sam, czy panów dwóch,
otwieram drzwi na oścież.
Ach co za szum,
ach co za ruch,
ach jacy mili goście.
Siekierę weź i porąb stół,
gdy trudność się wyłania.
Bo to co gram,
co w sercu mam,
jest nie do odebrania.

Gdy wezmą nam ostatni chłam, ostatni łach do spania.
Ja na to w śmiech, panowie, ja wchodzić nie zabraniam.
Gdy przyjdzie ta, co kosę ma i oczy jak latarnie,
dam wódki gram i - ech madame - niech pani mnie przygarnie

Jak żyło się, tak żyło się
otwieram drzwi na ościerz.
Weź ręce dwie i oczy te,
o więcej mnie nie proście.
Zrób tylko pstryk i wyłącz dźwięk
i miejsce zrób na saniach,
bo to co gram,
co w sercu mam,
jest nie do skasowania.









Osiedlowy Klub Samotnych, 

przy Klonowej numer trzy
witał mnie znów i znów szelestem płyt.
Cztery płyty mocno zdarte
grały nam do pierwszych snów,
męczył się biały walc i szary świt.

Pokaż mi człowieka, co ma szczęścia więcej,
może bogatego boli puste serce,
może szczęśliwego boli dawna wina,
w końcu taki sam samotny, bogacz i dziewczyna.

Osiedlowy Klub Samotnych,
klientelę swoją miał,
anioł raz nawet tam w kącie stał.
Cztery kąty i ty piąty,
może tak to miało być,
w końcu czy umie ktoś inaczej żyć.

Pokaż mi człowieka, co ma szczęścia więcej,
może bogatego boli puste serce,
może kochanego boli dawna wina,
w raju taki sam samotny, bogacz i dziewczyna.

Znam adresy bardziej smutne,
niż ten szary, stary strych.
Bywa, że niesie mnie pod tamte drzwi.
Osiedlowy Klub Samotnych,
przy Klonowej numer trzy,
niech się nam, raz po raz, co nocy śni,
niech się nam, raz po raz, co nocy śni.