Gdy wezmą nam ostatni chłam, ostatni łach do spania.
Ja na to w śmiech, panowie, ja wchodzić nie zabraniam.
Gdy oclą mi ostatnie drzwi, ostatni dach nad głową.
To powiem cóż - bywało już i zimno, i niezdrowo.
Czy pan jest sam, czy panów dwóch,
otwieram drzwi na oścież.
Ach co za szum,
ach co za ruch,
ach jacy mili goście.
Siekierę weź i porąb stół,
gdy trudność się wyłania.
Bo to co gram,
co w sercu mam,
jest nie do odebrania.
Gdy wezmą nam ostatni chłam, ostatni łach do spania.
Ja na to w śmiech, panowie, ja wchodzić nie zabraniam.
Gdy przyjdzie ta, co kosę ma i oczy jak latarnie,
dam wódki gram i - ech madame - niech pani mnie przygarnie
Jak żyło się, tak żyło się
otwieram drzwi na ościerz.
Weź ręce dwie i oczy te,
o więcej mnie nie proście.
Zrób tylko pstryk i wyłącz dźwięk
i miejsce zrób na saniach,
bo to co gram,
co w sercu mam,
jest nie do skasowania.
Przyjdzie chmura chmur,
zwali ciężar w dół.
Ja w deszczu w warkocz
wplotę swe rozpacze.
Nim zabiją mnie: gorycz, ból
i gniew - przebaczę
Słona pamięć łez
już zbyt ciężka jest,
by dźwigać ją przez czas
do swych przeznaczeń.
Nim zabiją mnie: gorycz, ból
i gniew - przebaczę
Trawą pośród traw,
sprawą pośród spraw,
rośnie we mnie miłość i siła.
Nie zje serca rdza, nie zatruje jad.
Przebaczyłam, zrozumiałam świadom.
W pień uderzył drwal,
przybył nowy żal.
Nad drzewem, co umarło dziś,
zapłaczę.
Znów ubędzie mnie,
żeby było lżej - przebaczę.
Rośnie lista krzywd,
nie zawinił nikt i
każdy dobrych tysiąc
ma tłumaczeń.
Znów ubędzie mnie,
żeby było lżej – przebaczę
Trawą pośród traw,
sprawą pośród spraw,
rośnie we mnie miłość i siła.
Nie zje serca rdza, nie zatruje jad.
Przebaczyłam, zrozumiałam świadom
Będę wolna biec,
czysty wielki deszcz
i będę wiedzieć,
jak niewiele znaczę.
Trawą pośród traw,
sprawą pośród spraw - przebaczę.
Trawą pośród traw,
sprawą pośród spraw - przebaczę.