Gdy wezmą nam ostatni chłam, ostatni łach do spania.

Ja na to w śmiech, panowie, ja wchodzić nie zabraniam.
Gdy oclą mi ostatnie drzwi, ostatni dach nad głową.
To powiem cóż - bywało już i zimno, i niezdrowo.

Czy pan jest sam, czy panów dwóch,
otwieram drzwi na oścież.
Ach co za szum,
ach co za ruch,
ach jacy mili goście.
Siekierę weź i porąb stół,
gdy trudność się wyłania.
Bo to co gram,
co w sercu mam,
jest nie do odebrania.

Gdy wezmą nam ostatni chłam, ostatni łach do spania.
Ja na to w śmiech, panowie, ja wchodzić nie zabraniam.
Gdy przyjdzie ta, co kosę ma i oczy jak latarnie,
dam wódki gram i - ech madame - niech pani mnie przygarnie

Jak żyło się, tak żyło się
otwieram drzwi na ościerz.
Weź ręce dwie i oczy te,
o więcej mnie nie proście.
Zrób tylko pstryk i wyłącz dźwięk
i miejsce zrób na saniach,
bo to co gram,
co w sercu mam,
jest nie do skasowania.









Ballada będzie o tem, 

jak którejś tam niedzieli
podeszli do mych okien anieli.
Lakierki mieli czarne,
smokingi mieli złote
i chyba jeszcze na mnie ochotę.
Ochota moi złoci,
to rzecz normalna zgoła,
lecz ta trafiła w locie anioła.

Mówią chodźmy razem do miasta,
jesteś przecież wirem niewiasta.
W mieście będzie ubaw i basta,
forsą chcemy trochę poszastać.
Mamy tego więcej niż trzeba,
za bilety lewe do nieba.
Tobie przecież się nie przelewa,
chociaż ciągle śpiewasz i śpiewasz.

Zgodziłam się nareszcie
i nieśli mnie na rękach
i grała mi na wietrze sukienka.
Aż księżyc się rozchmurzył,
zerkając na to wszystko,
a ponoć jest on dużym artystą.
Artysta moje złotka,
to rzecz normalna zgoła,
lecz gorzej jeśli spotka anioła,
lecz gorzej jeśli spotka anioła.

Potem poszło już na całego
szampan, kawior, czardasz Montiego
Do grosika, do ostatniego
i do rana bieluteńkiego.
Wreszcie w parku świt nas obudził
i szaleństwo całe ostudził.
Pomyślałam nieźle wśród ludzi,
tu się nawet anioł nie nudzi.
Potem poszło już na całego
szampan, kawior, czardasz Montiego...